piątek, 25 grudnia 2015

03.



Londyn, 18 październik 2014

Promienie ciepłego – jak na tę porę roku – słońca przedzierały się do kuchni przez żaluzje, padając na beżowe płytki podłogowe i stół w kolorze ciemnego orzecha, przy którym siedziała Beverly w skupieniu czytając gazetę. Oprócz kobiecego magazynu leżała przed nią również paczka jej ulubionych chrupek kukurydzianych, po które co jakiś czas sięgała. Stan w tym czasie z desperacją starał się naprawić kuchenny kran, z którego od kilku dni niekontrolowanie ciekła woda. Pochylał się nad zlewem szukając winowajcy całego zamieszania. W końcu znalazł niedokręcony zawór i z triumfalnym uśmiechem stwierdził, że to jedynie drobnostka, którą należy dokręcić śrubokrętem.
– Gdzie znajdę pudła z moimi narzędziami, Bevie? – zapytał, odwracając się w kierunku żony, tak, że teraz opierał się plecami o krawędź zlewu.
– Kazałam zanieść je firmie przeprowadzkowej do piwnicy. – Beverly nie oderwała wzroku od kolorowego czasopisma.
Mężczyzna kiwnął głową, lekko odepchnął się od zlewu i skierował się na korytarz, gdzie znajdowały się drzwi prowadzące do piwnicy. Było to pomieszczenie w ich mieszkaniu, w którym nie miał jeszcze okazji być.
Stan zszedł do podziemi domu po schodach. Chłód i dziwny, ciężki, nieprzyjemny zapach przyprawiały zgnilizny go o dreszcze prawie tak samo, jak wygląd pomieszczenia. Mężczyzna przysiągłby, że przypominało mu ono jaskinię. Ściany, podłoga oraz sufit były pokryte jedynie niewygładzonym cementem, w rogu stała półka, a na niej kilka mniejszych pudełek. Pod nią natomiast swoje miejsce znalazły ogromne pudła. Oprócz tego, na przeciwnym krańcu piwnicy, znajdowały się trzy bardzo stare krzesła, których Stan nie widział nigdy wcześniej. Była to zapewne własność poprzednich właścicieli, którzy nie znaleźli innego sposobu na ich pozbycie się. Ciemnowłosy mężczyzna podszedł do półki, a na jego twarzy pojawił się grymas spowodowany nasileniem się duszącego zapachu, który przypominał mu woń nieświeżego jedzenia. Przykucnął przy jednym z wielkich kartonowych pudeł, które było zamknięte, a na górnej części widniał napis „Rzeczy Stana” napisany charakterystycznym pismem Beverly – kursywą w lewo i „A” pisanym, jakby było drukowane, mimo że wyrazy napisane były małymi literami. Przez kilka chwil starał się otworzyć porządnie zaklejony karton, który jednak nie uległ jego sile. Znów wstał i zaczął rozglądać się po półce, szukając czegoś, co pomoże mu je otworzyć. Zaglądał do mniejszych pudełek, poustawianych w rzędzie, jednak nie znalazł w nich nic konkretnego. Zaczął je przesuwać z nadzieją, że to pomoże mu w znalezieniu jakiegoś nożyka. Wykonywał tę czynność pewnymi i szybkimi ruchami, ale zatrzymał się na moment, gdy pod jednym z pudełek zauważył kartkę. Jej biel nagle mignęła mu w oczach jak promień, który oślepia go nocą, kiedy Beverly wychodząc do łazienki zapala w pokoju światło. Zdjął karton z półki i odstawił go na ziemię po czym w ręce wziął złożony na pół arkusz papieru. Obejrzał go uważnie z obydwóch stron, a nic nie znalazłszy otworzył go. Jego oczom ukazała się treść dość długiego listu, który wyraźnie był pisany w pośpiechu. Stan stwierdził to, widząc niemalże kaligraficzne litery, typowe dla lekarzy. Mężczyzna zaśmiał się do siebie przez to porównanie, ale zaraz po tym znów wróciła jego powaga. Pochodził on z dobrego domu, w którym nie czytało się cudzych listów, jednak coś podpowiadało mu, żeby to zrobił. Mimo głosu w głowie, krzyczącego „Czytaj! Czytaj!”, zastanowił się chwilę, a zaraz po tym zaczął odczytywać treść:

Droga Beth,
Jest piątek, 24 sierpnia 2012 roku. To znowu się dzieje. Znowu słyszę te cholerne głosy odbijające się od ścian. Słyszę kroki. Śmiech dziecka. Mam nieodparte wrażenie, że ktoś mnie obserwuje. Mieszkam tu zaledwie miesiąc, a już zdążyłam przekonać się o tym, że coś jest z tym domem nie tak.
Dzisiaj widziałam diabła. Nie jest to postać z rogami, nie dzierży w dłoni wideł, on był piękny. Jego kręcone, brązowe loki miękko opadały na twarz…



Londyn, 24 sierpnia 2012


O tej porze roku Abbey Road budziło się do życia, by czerpać z niego to co najlepsze przed końcem lata. Przez otwarte okno w kuchni dało się słyszeć krzyki, bawiących się na podwórku sąsiadów, dzieci, dźwięk rowerowych dzwonków i rechot silników, mimo że był to dopiero ranek, godzina siódma. Amanda przed chwilą wstała, po czym zeszła do kuchni w samej bieliźnie, by napić się łyka wody, a następnie wziąć szybki prysznic, który obudzi ją lepiej niż kawa.
Dwudziepięciolatka, która niedawno się usamodzielniła i wprowadziła do nowego mieszkania, znalazłszy w szafce szklankę, a na kuchennym blacie butelkę z wodą, wypiła duszkiem pół jej zawartości. Przeczesała palcami swoje długie, ciemne, falowane włosy, przetarła dłońmi twarz, odstawiła naczynie do zmywarki i ruszyła do łazienki, by odbyć poranną toaletę. Kiedy tam dotarła stanęła przed lustrem, pod którym znajdowała się umywalka, wzięła szczoteczkę do zębów i nałożyła na nią odrobinę miętowej pasty, której intensywny zapach szybko poczuła w nozdrzach. Zaczęła szczotkować zęby, przyglądając się swojemu odbiciu w tafli lustra. Intensywne ruchy ręką ustały, a szczoteczka wpadła do zlewu i odbiła się w nim dwa razy, kiedy zdała sobie sprawę, że w lustrzanym odbiciu, które miała przed sobą, nie była sama. Stała za nią postać. Przez pierwsze sekundy nie potrafiła określić czy to, co znajdowało się za nią było człowiekiem, gdyż – jak Amanda będzie twierdziła kilka tygodni później, będąc już w zakładzie psychiatrycznym – to Coś wyłoniło się z czerni, która przypominała obfitą mgłę. Wzrokiem przez kilka chwil mogła lustrować brązowe loki, szerokie, lekko umięśnione ramiona i dołeczki w policzkach, które powstały wskutek ogromnego uśmiechu, który zdobił twarz Tego. Nie był to naturalny uśmiech i Manda przez długi czas miała wrażenie, że kąciki ust postaci są zbyt wysoko. Dziewczyna spojrzała Temu w oczy. Obserwowała jak zieleń tęczówek ciemnieje i powoli przeradza się w czerń, zlewając się ze źrenicami. Kiedy pierwszy szok, którego doznała, minął, gwałtownie odwróciła się w stronę Tego, ale niestety – a może stety, powie później Amanda – To zniknęło.



Londyn, 18 październik 2014

Stan, z dreszczem na plecach, mierzył wzrokiem każde słowo, czując, jak zimny pot zalewa jego czoło. Słowa, zapisane w liście spowodowały strach, mimo że był dorosłym mężczyzną, który nie powinien się bać. To, po co tak właściwie przyszedł do piwnicy, poszło w zupełną niepamięć. Wyszedł z niej, w trzęsącej się dłoni ściskając kartkę, i udał się do kuchni. Tym razem zastał tam nie tylko żonę, ale też córkę, pod której okiem nadal widniał siny ślad. Zaczynał on przybierać zieloną barwę i stawał się przez to mniej widoczny.

– Znalazłem coś dziwnego – powiedział, kiedy tylko przekroczył próg, i od razu dosiadł się do stołu, przy którym siedziały Beverly i Hayley. – Wydaje mi się, że to własność jednej z poprzednich właścicielek mieszkania.
Stan położył list na stole. Z uwagą przyglądał się, jak wzrok żony przenosi się z kolorowej strony w magazynie, na białą kartkę zapisaną kaligraficznym, odręcznym pismem. Hayley także skupiła spojrzenie na bryzie papieru.

… 3-ego sierpnia, w jedną z tych burzowych nocy, długo nie mogłam zasnąć. Patrzyłam w okno, na ciemne, prawie czarne niebo, które co jakiś czas przecinały jasne pioruny…



Londyn, 3 sierpnia 2012

Ciemne, niemalże czarne niebo, zaczęły przeszywać jasne pioruny, które dzieliły je jakby na części. Towarzyszyły temu głośne grzmoty i dźwięk silnego wiatru oraz gałęzi i deszczu obijających się o szybę sypialni Amandy, która mieściła się na pierwszym piętrze – dwa lata później pokój ten będzie należał do Hayley.
Dziewczyna, tuląc się do poduszki i szczelnie okrywając kołdrą, przyglądała się burzy panującej na zewnątrz. Jej ciało było zmęczone i odmawiało posłuszeństwa, jednak pogoda panująca na zewnątrz nie pozwalała jej zasnąć. Nie mogła więc zregenerować sił. Po godzinnych męczarniach (które dla Mandy były wiecznością) jakie przeżyła próbując choć na moment zmrużyć oczy, stwierdziła, że ma chęć poczytać książkę. Od zawsze była przekonana, że literatura to najlepszy zabójca czasu.
Podniosła się, by rozświetlić pokój i oparłszy się na łokciach sięgnęła do włącznika, który znajdował się na lampie. Sypialnie nagle oblało jasne światło jarzeniówki. Po chwili do jej rąk trafiła proza Stephena Kinga, jej ulubionego pisarza (jak również ulubionego autora Hayley, o czym dziewczyna w roku 2012 nie miała jeszcze pojęcia). Dziewczyna zaczęła kartkować książkę w poszukiwaniu zakładki, którą wcześniej w niej umieściła. Gdy tylko znalazła odpowiednią stronę - zamarła. Kiedy po kilku sekundach odzyskała świadomość, z krzykiem cisnęła książkę na podłogę. To, co zobaczyła w swojej ulubionej lekturze, sprawiło, że tej nocy nie zmrużyła oka. Czarny druk w książce pokryty był szkarłatnymi literami, układającymi się w napis „Umrzesz tutaj”. Po upłynięciu roku od tego zdarzenia Manda nadal będzie twierdzić, że to na pewno była krew, a cała ta sytuacja nie była koszmarem sennym, który spowodowało pudełko lodów spożyte przy jednej z nowszych komedii romantycznych, jakie leciały tego wieczoru w telewizji.
Na drugi dzień – jak można się było spodziewać – burza przeminęła, a na jej miejscu pojawiło się piękne, letnie słońce. Manda siedziała w kącie łóżka w pozycji embrionalnej, owinięta kołdrą. Na plecach nadal czuła zimny pot i dreszcze, które nie dawały jej spokoju przez kilka ostatnich godzin. Wczesnym  rankiem - a tak naprawdę w samo południe, choć ona będzie twierdziła inaczej, pisząc list do Beth, a także opowiadając swoją historię psychiatrze kilka tygodni po tym zajściu – zebrała się w sobie na tyle, by wstać i sięgnąć po książkę, na której nie było ani śladu po krwistym napisie.



Londyn, 18 październik 2014

Stan miał wrażenie, że oczy Beverly ciemnieją z każdym przeczytanym słowem. Kobieta zakończyła akapit dotyczący burzowej nocy, po czym uniosła wzrok i zerknęła pierw na męża, a następnie na córkę, która przyglądała jej się, nie znając jeszcze treści listu. Następnie wróciła do dalszego czytania, czując na czole małe kropelki potu, które szybko otarła wierzchem dłoni.

…Nie czekałam długo na kolejny znak, że nie powinnam tu mieszkać. Po południu, dokładnie 18 sierpnia, siedziałam w salonie oglądając telewizję…



Londyn, 18 sierpnia 2012

Upał doskwierał mieszkańcom Londynu jak nigdy. Typowe o tej porze roku deszcze nie były zapowiadane ani na ten dzień, ani na kilka kolejnych. Ludzie raczej nie wychodzili w taką pogodę z domu i woleli spędzać czas w chłodnych, klimatyzowanych, domowych zakątkach.
Manda to popołudnie także zamierzała spędzić w swoim mieszkaniu, odpoczywając po ciężkim poranku w pracy. Nigdy nie spodziewała się, że stanowisko sekretarki w dużej korporacji będzie wyczerpywać jej - zazwyczaj duże - pokłady energii. Z poduszką pod głową, ułożona wygodnie na prawym boku, wpatrywała się w telewizor, gdzie ku końcowi zbliżał się jeden z wielu programów rozrywkowych stacji BBC. Dwudziestopięciolatka nie była jednak skupiona na tym, co dzieje się na ekranie nowo zakupionego telewizora. Powieki zdawały się jej ciążyć, ponadto co chwilę ziewała i przeciągała się sennie. Nie czekając ani chwili dłużej dziewczyna sięgnęła do niskiego stolika, znajdującego się tuż przed kanapą, i podnosząc się do siadu wzięła z niego pilot, jednak odłożyła go w chwili, w której obok jej stóp przejechała zabawkowa, żółta ciężarówka. Amanda zmarszczyła brwi przyglądając się zabawce. Odkąd się wprowadziła w tym domu ani razu nie było dziecka. Jedynymi gośćmi była niepokojąca sąsiadka i jej matka wraz z ojczymem. Będąc w szoku zdecydowała się ją podnieść, pomimo strachu jaki odczuwała. Kiedy tylko uniosła niewielką ciężarówkę drżącymi dłońmi, ta sama wypadła jej z rąk. Jednocześnie po plecach dziewczyny przebiegł dreszcz, wywołany podmuchem chłodnego powietrza. Towarzyszył temu dźwięk kroków, jakby ktoś był w jej mieszkaniu, co przyprawiło ją niemalże o zawał, tym bardziej, że po chwili dołączył do tego odgłos płaczu dziecka. Jej ciało zastygło na moment w bezruchu, a kiedy do jej uszu dobieg głośny huk, przypływ adrenaliny sprawił, że ruszyła do jego źródła niczym torpeda, zaciskając dłonie w pięści. Nie musiała długo szukać miejsca, z którego dobiegał ten przerażający dźwięk, ponieważ pod stolikiem, znajdującym się obok schodów prowadzących na piętro, zobaczyła wazon po babci rozbity w drobny mak. Jego niewielkie odłamki o ostrych krawędziach były na całym korytarzu i gołym okiem Amanda zauważyła, że kilka jest nawet pod drzwiami wejściowymi. Już wtedy oceniła, że ciężko będzie jej ruszyć do kuchni po zmiotkę. Nie chciała myśleć o niczym innym. Bała się, że jej mózg zacznie analizować przerażające zdarzenie, które miało miejsce przed chwilą.




Londyn, 18 październik 2014

– Nie chcę czytać dalej – powiedziała Beverly prawie szeptem, kiedy skończyła studiować fragment z udziałem zabawkowej ciężarówki. – Nikt nie będzie tego czytał. – Nie kończąc listu, zmięła w ręce kartkę, wstała od stołu, położyła ją na kuchennym blacie i przecierając twarz dłońmi wyszła z pomieszczenia, nie mając pojęcia co myśleć o tekście, którego zdania nadal były w jej głowie.
Stan spojrzał na córkę, której zdziwiony, pytający wzrok spoczywał na jego twarzy. Zagryzł wargę szukając słów, którymi mógłby jej wszystko wyjaśnić, a kiedy ich nie znalazł rzucił po prostu:
– Pójdę zobaczyć czy z mamą wszystko gra. 
Wstał od stołu i wyszedł z kuchni zaraz po tych słowach.
Hayley rozejrzała się po pomieszczeniu, które nadal było oświetlane przez promienie jesiennego słońca. Zawiesiła wzrok na kartce papieru, która pognieciona leżała teraz spokojnie na blacie. Przez chwile zastanowiła się, czy to, co planuje zrobić będzie słuszne, po czym wstała i szybkim krokiem wyszła z kuchni, po drodze zabierając ze sobą list, po czym udała się do swojego pokoju.

wtorek, 22 grudnia 2015

02.



Londyn, 13 października 2014
Jesień - jak mogłoby się wydawać - na stałe zagościła w Londynie, oblewając jego ulice obfitym deszczem i spowijając je gęstą mgłą, utrzymującą się przez całe dnie. Zapowiadano jednak nadejście jesiennej, aczkolwiek słonecznej pogody, a także zwiastowano spokojną, łagodną zimę co ucieszyło mieszkańców.
Rodzina państwa Keene szybko przyzwyczaiła się do nowego mieszkania, które w ciągu ostatniego tygodnia przeszło dosyć duży remont. Dotyczył on szczególnie salonu, gdzie stare, zabrudzone tapety na ścianach zmieniono na nowe, świeże, przedstawiające wiktoriańskie wzory, które rozświetliły pomieszczenie. Stan zakupił też kanapę w jasnym kolorze oraz stolik, a tuż przy ogromnym oknie swoje miejsce znalazła szafka na książki. Oprócz dużej zmiany, jaką wprowadzono w salonie, zajęto się też pokojami, gdzie każdy z członków rodziny urządził swój własny kąt. Co więcej, Beverly zdecydowała się na spanie w jednym pokoju, a nawet i w jednym łóżku, ze Stanem. Oboje wybrali sobie pokój na parterze, natomiast Hayley wybrała swoje cztery ściany na pierwszym piętrze. Jeden z niewielkich pokoi na drugim piętrze przerobiono natomiast na gabinet Stana, w którym będzie on przyjmował swoich pacjentów.
Kilkanaście lat temu Stan ukończył studia z zakresu psychologii. Został wyróżnionym absolwentem, a dzięki swoim osiągnięciom w tej dziedzinie został wykładowcą na uniwersytecie. Studenci, którym wykładał lubili zajęcia z nim, więc rozczarowaniem dla nich była nagła przeprowadzka mężczyzny. Żaden z jego uczniów nie dowiedział się o romansie Stana z Ashley – studentką drugiego roku. Teraz, po przeprowadzce, mężczyzna chciał wrócić do leczenia osób z zaburzeniami psychicznymi,  a kwalifikacje jakie posiadał pozwoliły mu na niewielki gabinet we własnym mieszkaniu.
Beverly nie miała nic przeciwko temu, by Stan pracował w domu. Nadal w głowie widziała dwudziestodwulatkę, której dłonie na oślep błądziły po plecach Stana. Jego usta, które zawzięcie wpijały się w jej szyję. Ich ciała, które – jakby się wydawało – tak idealnie ze sobą współgrały. Następne co przychodzi po tych wspomnieniach to te, z momentu w którym mąż zauważył Beverly w progu ich sypialni. Kobieta dokładnie pamiętała płonące spojrzenie, w którym widać było zdziwienie i strach. Później przychodzą tylko łzy, a to, co działo się dalej było dla Beverly pustką. Po prostu nie pamiętała reszty tego dnia, tak, jak gdyby zaraz po tym zapadła w sen i obudziła się dopiero po czasie, w ich nowym mieszkaniu, zaraz po przeprowadzce.
Hayley rozpoczęła naukę w nowym liceum. Kontakt, jaki miała z rówieśnikami, był kiepski, a wręcz go nie było. Przerwy – tak jak w Manchesterze – spędzała zupełnie sama, do nikogo się nie odzywając. Lubiła samotność i moment, w którym może włożyć do uszu słuchawki. Swoje towarzystwo uważała za najlepsze.
Szła korytarzem patrząc przed siebie, nie zwracając na nikogo uwagi. Z paczki papierosów marki Black Devil wyciągnęła jednego, który po chwili wylądował między jej wargami. Uroczo wykrojone, pełne usta dziewczyny na co dzień przybierały wyjątkowy, siny odcień, który utrzymywał się na nich też tego dnia. Ley kierowała się do klasy, w której miała kolejne zajęcia. Po drodze jednak – przypadkiem lub może celowo – jej ramie zatchnęło się w dosyć mocnym uderzeniu z  ramieniem dziewczyny o długich, do połowy pleców, blond włosach i niebieskich oczach .
– Jesteś ślepa? – warknęła niebieskooka.
Hayley pojrzała na nią pytająco, po czym ruszyła dalej przez korytarz.
– Nie skończyłam! – usłyszała za sobą.
Nadal ignorowała dziewczynę, przez co chwilę później na ramieniu poczuła zaciskające się palce, które mocnym ruchem odwróciły ją w stronę blondynki tak, że stanęły twarzą w twarz.
– Nie wyglądasz na ślepą i głuchą, ale mogę się mylić – syknęła przez zęby przyglądając się brunetce z wściekłością.
Papieros, który do tej pory znajdował się pomiędzy ustami Ley, spadł na podłogę, odbijając się od niej dwa razy.
– Możesz mnie puścić? – Brunetka uniosła brew.
Chcąc schylić się po swoją własność została jednak uraczona dość mocnym uderzeniem otwartą dłonią w policzek. Od razu przyłożyła rękę do bolącego, rozgrzanego miejsca, które zaczynało piec. Była pewna, że tuż pod okiem powstał czerwony ślad, który za niedługo przemieni się w sińca. Zacisnęła usta w cienką linię i po chwili przyglądania się blondynce pięścią uderzyła w jej twarz. Silne uderzenie sprawiło, że z nosa licealistki poleciała szkarłatna ciecz, która od razu splamiła jej białą, koronkową bluzkę. Spojrzenie niebieskookiej było wystraszone i nieobecne. Niepewnie rozglądała się po korytarzu. Dopiero teraz obie zauważyły tłum, który przyglądał się całej sytuacji z przerażeniem i zaciekawieniem. Po chwili niebieskooka zerwała się do biegu, prawdopodobnie w stronę łazienki, a Hayley ze spokojem podniosła z ziemi papierosa, znów wsunęła go do posiniałych ust i ruszyła w stronę wyjścia ze szkoły. Miała w planach wrócić do domu, nie zważając na to, że nie skończyła jeszcze lekcji.
Hayley starała się jak najciszej wejść do domu i jak najszybciej znaleźć się we własnym pokoju. Tuż pod jej piwnym okiem wykwitł sporych rozmiarów siniak, który starała się ukryć dłonią. Zakradła się na moment do kuchni, mając nadzieję, że nikogo tam nie spotka. Nadzieja jednak prysła, kiedy zobaczyła matkę szykującą właśnie herbatę. Beverly, nie przerywając wlewania wody do kubka, spojrzała na córkę i zmarszczyła brwi.
– Hayley, wszystko dobrze? – Odstawiła czajnik, odruchowo otarła dłonie o spodnie i podeszła do córki zabierając dłoń z jej twarzy.
Jej oczy od razu się poszerzyły i pociemniały.
– Na litość boską, co się stało?
– Nic takiego, mamo. Umm… Piłka uderzyła mnie na zajęciach. Szybko zniknie. – Skłamała, starając się zachować pozorny spokój.
– Idź do pokoju, a ja zaraz przyniosę lód.
Brunetka odpowiedziała jedynie kiwnięciem głowy i udała się schodami na pierwsze piętro.
Hayley weszła do swojego pokoju i już pod drzwiami zrzuciła z ramion plecak. Podeszła do wieży i włączyła jedną ze swoich ulubionych piosenek, po czym położyła się na łóżku i sięgnęła po książkę. Skupiła się na czytaniu, jednak coś zaczęło ją dekoncentrować. Oderwała wzrok od lektury i rozejrzała się po pokoju. Jej spojrzenia nie przykuło nic niepokojącego, dlatego znów wróciła do czytania. Chwilę później – mogłaby przysiąc – kątem oka zauważyła cień, który powstał na ścianie, naprzeciwko okna. Spojrzała w tamto miejsce, a następnie serce podeszło jej do gardła. Na ścianie nie było nic, jednak w drzwiach jej pokoju stał chłopak. Wpatrywał się w nią dużymi, zielonymi oczami, a jego wzrok był jakby pusty. Usta koloru malinowego zaciskały się powoli w wąską linię tak, że prawie zniknęły, zostawiając po sobie jedynie kreskę. Im mocniej zaciskał wargi, tym bardziej na jego policzkach uwydatniały się dołeczki. Na ramiona opadały mu gęste włosy, które formowały się w loczki. Ubrany był jak zwykły nastolatek – biała koszulka i czarne, wąskie w nogawkach spodnie.  Uwagę Ley zwróciło to, że na rękawie t-shirtu, który chłopak miał na sobie, widniały szkarłatne, drobne plamki. Dziewczyna przez dłuższą chwilę zastanawiała się czy to krew.
Nagle w mieszkaniu rozległ się dźwięk kroków. Ktoś wchodził po schodach. Chłopak stojący w progu rozejrzał się i nagle zniknął bez śladu. Nie odszedł, po prostu rozpłynął się w powietrzu, a przynajmniej takie wrażenie miała Hayley, której oczy były teraz szeroko otwarte, a usta rozchylone. Wpatrywała się w miejsce, w którym przed chwilą stał chłopak. Zaraz po tym w drzwiach pojawiła się Beverly, która widząc minę córki, uniosła brwi.
– Coś nie tak? – rozejrzała się po jej pokoju. – Wyglądasz jakbyś dopiero co zobaczyła ducha.
Brunetka przetarła dłońmi twarz. Miejsce pod okiem pulsowało i bolało przez co z jej ust wydobył się cichy jęk.
– Jestem po prostu zmęczona – powiedziała cicho.
Beverly usiadła na skraju łóżka córki i z troską obejrzała jej zapuchnięty policzek, przykładając do niego lód, który chwilowo ukoił ból.